Dzień dobry!

Wchodzę do klasy…

Przede mną żywioł. Pięćdziesięciu małych, trzynastoletnich Tajów lata po klasie. W ostatnim rzędzie trzech kumpli wylało na ławkę czerwony atrament. Maczają w nim linijki i kroją się nimi po rękach jak nożem. Strasznie wrzeszczą, a atramentowa krew spływa na mundurek, ławkę, zeszyty… Dobra zabawa.

W środkowej ławce dwóch koleżków – jeden mały, drugi gruby – przymocowali do plastikowej słomki igłę. Gruby rozkłada się na krześle, podwija rękaw koszuli i nadstawia biceps. Mały przecina wkład od szkolnego długopisu, macza w atramencie igłę. Marszczy brwi i ze śmiertelną powagą na twarzy zaczyna „tatuować bambusem”. Gruby zaciska zęby i z dumą patrzy jak pierwsza literka jego imienia powstaje na skórze. Dookoła wianuszek kolegów, głośno komentuje owy „salon tatuażu”.

Ostatni rząd pod ścianą i rząd pod oknem urządzają bitwę na kulki z papieru. Rzucają się nimi jak oszaleli, każdy dostaje. Headshoty uwalniają wybuchy niepohamowanej radości.

Dwie klasowe piękności siedzą znudzone w ławce i robią sobie selfie. W tym czasie ich koleżanki plotkują obcinając sobie paznokcie i podcinając grzywki. Z dziewczynami siedzi jeden chłopak, maluje sobie usta na czerwono. Tutaj nikogo to nie dziwi.

Pierwszy rząd zarezerwowany jest dla kujonów. Przepisują zeszyty, odrabiają zadania domowe i wpatrują się we mnie jak w obrazek, wyczekując początku lekcji.

Nagle klasowy żartowniś zaczyna uderzać linijką w ławkę wystukując rytm. Klasa podchwyca i w jednej chwili wszyscy zaczynają tworzyć własne instrumenty z długopisów, książek i krzeseł podążając za rytmem. Wszyscy zaczynają śpiewać i bujać się do muzyki.

Zabawę przerywa niespodziewany wybuch gniewu. Jeden z chłopców wylał wodę na głowę kolegi. Ten w odwecie przywalił mu dłonią w kark, ale trochę za mocno. Zaczyna się awantura. Dwóch kolegów gania się po sali, ku uciesze reszty uczniów. Klasa dopinguje, nagrywa filmiki, rzuca w ich kulkami z papieru.

Czasami stoję pod tablicą wręcz niezauważona. Czasami robię to specjalnie i po prostu obserwuję ten tajski wulkan energii z uśmiechem na twarzy.

Niespodziewanie obrywam kulką z papieru. Klasa zamiera. Wszyscy się zatrzymują, cichną i spoglądają na mnie przerażeni. Setka małych, tajskich oczek wpatruje się we mnie niepewnie. Cisza jak makiem zasiał…

Przeciągam ten moment, buduję napięcie. Ściągam brwi rozzłoszczona i rzucam gniewne spojrzenia.
Jednak moje usta zdradzają uśmiech… A wtedy klasa już wie. Winowajca krzyczy do mnie: Teacher, beautiful! I love you!

Rozbrojona uśmiecham się szeroko, klasa się śmieje. Zajmują swoje miejsca w ławkach, wyciągają zeszyty i odpowiadają mi gromkim: Good morning.

I już wiem, że to będzie dobry dzień.

Zuza