Nauczyciele w Tajlandii

Poskromić Tajów – przewodnik po pasywnej agresji

Po pierwsze: zachować twarz!

Na pewno słyszeliście, że Tajlandia to Kraj Uśmiechu. Rzeczywiście, Tajowie wydają się przesympatycznym narodem, zawsze uśmiechniętym i pomocnym. I tak, to prawda! Aczkolwiek tajski uśmiech ma wiele znaczeń. Nie zawsze jest szczery, a często stanowi przykrywkę dla negatywnych emocji lub niewiedzy. Tajowie nie przyznają się: nie wiem, nie umiem. Nie wiesz co powiedzieć lub zrobić? Uśmiechnij się! Co więcej, Tajowie nie przepadają za konfrontacjami. Bezpośrednia, otwarta i szczera rozmowa dotycząca problemu nie wchodzi w grę. Wyrażanie złych emocji? Nie ma opcji. Przy takiej okazji można jedynie stracić twarz – a to dla Taja dramat.  Jest to szczególnie ważne w relacjach przełożony – pracownik. Twój szef w Tajlandii ma zawsze rację, nawet jak jej nie ma. Dlaczego? W końcu jest szefem (wyżej w hierarchii), więc na bank wie co robi. Nawet konstruktywna krytyka czy dobroduszna rada może zostać odebrana jako obraźliwa uwaga.

Z życia wzięte

Okej, kilka przykładów. Siedzimy w jednej z naszych ulubionych knajp w Bangkoku. Często tu zaglądamy, uwielbiamy ich czerwone curry. Podchodzi obsługa, zamawiam czerwone curry z owocami morza. Niestety, na nasz stół trafia zielone curry. Błąd kelnera, zdarza się. Wołam go i pokazuję, że to curry jest zielone (tak, nawet kolor był zielony zamiast czerwonego). Zmieszany chłopak spogląda na moją miskę i mówi:

-Nie, to czerwone curry.

Dębieje. Podnoszę wzrok na Taja i mówię:

-Ale ono jest zielone i smakuje jak zielone i nawet ma warzywa charakterystyczne dla zielonego.

-Nie! To czerwone curry.

-Ale przecież my tu przychodzimy bardzo często i Wasze czerwone curry wygląda inaczej.

-Przecież to jest czerwone curry – zarzeka się Taj. Uśmiecham się i kręcę głową. No trudno, zjem i zielone.

Przykład nr 2. Nasz znajomy nauczyciel ze szkoły pyta Tajkę z agencji odpowiedzialną za nasze legalne papiery:

-Jak tam moje dokumenty wizowe?

-Dobrze, wszystko super. Czekamy na podpis dyrektora i gotowe.

-Okej. A czy dyrektor otrzymał już dokumenty?

-Tak, tak. Wszystko jest w trakcie.

Ekstra. W takim razie nie ma co się martwić. Co prawda termin aktualnej turystycznej wizy wygasa za parę dni, ale skoro dokumenty są prawie gotowe, to wystarczy wybrać się do Laosu po nową wizę biznesową. Co się jednak okazuje? Dokumenty nawet nie ruszone, dyrektor ich na oczy nie widział, a nasz znajomy ma przesrane i musi opuścić Tajlandię, by ponownie wrócić na wizie turystyczne. Ups. Dziewczyna po prostu nie miała zielonego pojęcia i nie chciała przyznać się do niewiedzy, więc odpowiedziała twierdząco na wszystkie pytania.

Tak, to w Tajlandii norma.

Mai pen rai

Czyli: nevermind, nic się nie stało. To jeden ze sposobów radzenia sobie z niezręcznymi sytuacjami. Jeżeli chcesz być taktowny, nie zadawaj trudnych pytań, jeżeli nie masz pewności, że dana osoba zna odpowiedź. Szczególnie w pracy. Ewentualnie, konstruuj pytania otwarte, które pozwalają wymigać się od bezpośredniej odpowiedzi. Nie konfrontuj się. Nie drąż tematu, jeżeli czujesz, że Twój rozmówca nie bardzo wie o co chodzi. Wiem, że to może być frustrujące, ale taka tu jest kultura. Mai pen rai i do przodu! O ile w pierwszym przykładzie zadziałałby idealnie, o tyle przykład numer dwa jest trudniejszy. Przez niewiedzę laski i nazwijmy to wprost: kłamstwo, nasz znajomy stracił dużo czasu, pieniędzy i nerwów. Jak reagować w trudniejszych sytuacjach? Jak poradzić się ze sztucznym Tajskim uśmiechem i wyjść na swoje?

Pasywna agresja

Konfrontacja nie zadziała nigdy, wybuchy złości także – tak jedynie stracisz twarz i szacunek. W Tajlandii trudne sprawy załatwia się inaczej. Pasywna agresja – to Twój przyjaciel. Czyli po prostu grasz w tajską grę. Tajowie są mistrzami pasywnej agresji. Uśmiechają się, kiwają głowami, ale za plecami i tak robią swoje.

Okej, jak zastosować pasywną agresję w życiu? Przykłady z naszego szkolnego życia:

Niestety, w tym roku nastąpiły zmiany. Teacher Kotka została nową kierowniczką departamentu angielskiego. Nie bardzo za Nią przepadamy, bo zdaje się fałszywa. Powoli wprowadza własne rządy, ale zamiast na początku roku określić jakie ma oczekiwania, po cichu zmusza nas byśmy tańczyli jak nam zagra. Jak to osiąga? Najpierw zmusiła mnie bym zmieniła biuro. Zapytała mnie uprzejmie czy nie chciałabym zmienić pokoju. Odpowiedziałam, że nie, stare biuro jest okej i mam bliżej do moich klas. Niestety nie przyjęła odmowy i to samo pytanie zadała po tygodniu. Tym razem już nie uprzejmie dając mi wybór, a raczej: To co, kiedy się przenosisz? Ponownie odpowiedziałam, że nie chcę się przenosić. W następnym tygodniu magicznie okazało się (taaaa), że zatrudniono nowego nauczyciela, który ma wziąć moje biurko, a ja muszę się przenieść na inne piętro, bo jest za mało miejsca w pokoju. Okej. Uległam. Po „zatrudnionym nauczycielu” ani widu, ani słuchu…

Następny przykład. W zeszłym roku szkoła nie wymagała od zagranicznych nauczycieli by uczęszczali na poranne apele. Trwają około godziny, w trakcie nich dzieci i tajscy nauczyciele odśpiewują hymn, piosenkę dla Króla, modlą się, następnie ogłaszane są szkolne nowości. Wszystko po tajsku. Nie było sensu, byśmy tam sterczeli, oglądali sufit hali lub psy biegające między dziećmi. Poprzednia kierowniczka rozumiała to i pozwalała nam siedzieć w biurze przygotowując się do lekcji. Najwyraźniej się to nowej Teacher Kotce nie podoba. W zeszłym roku byliśmy w pracy zawsze koło 7.45. Kotka przygotowała prezentacje na temat zasad tajskiej szkoły w której wspomniała, że po 7.30 to już spóźnienie. Okej, obczailiśmy, że trzeba być wcześniej. Dostosowaliśmy się. Na tym nie było końca. Po kilku tygodniach, gdy co dzień stawialiśmy się koło 7.30 nadszedł dzień, gdy spóźniliśmy się (nie mogliśmy znaleźć taksówki) i przybyliśmy do szkoły o 7.35. BENG! Mam Was! Tego samego dnia Teacher Kotka oznajmiła, że dyrektor chciałby nas widzieć codziennie na porannych apelach. Nagle, tak z dupy, wystarczyła błahostka. Ale zamiast powiedzieć o tym wprost, łatwiej znaleźć głupi powód plus podbudować się czyimś autorytetem. A to wszystko w towarzystwie obrzydliwie słodkiego uśmiechu.

I tu zaczęła się gra. Mnie to frustruje. Mogę się dostosować i sterczeć na apelach, ale nie cierpię tej gry. Niby wiem jak w nią grać i rozumiem zasady, ale i tak krew mi wrze, gdy ktoś tak słodko udaje miłego, a tylko szuka dziury w całym, by mnie do czegoś zmusić, zamiast powiedzieć wprost czego oczekuje. Trudno, wkur*****, ale na apel poszłam. Emil jest twardszym zawodnikiem. Pomimo „prośby dyrekcji” następnego dnia opuścił apel i siedział w biurze przygotowując lekcje. Teacher Kotka nawet tego nie skomentowała, ale kolejnego dnia z rana biuro było zamknięte na cztery spusty 😀 Haha. Książkowa pasywna agresja. Your move…

Okej, ale jak zastosować ten chwyt by osiągnąć coś, czego Ty potrzebujesz?

Internet w naszej szkole generalnie nie działa, co bardzo utrudnia nam pracę. Oczywiście, nie działa tylko dla zagranicznych nauczycieli, tajscy mają się dobrze. Zgłaszaliśmy to przez pierwszy tydzień. Zostaliśmy zapewnieni, że wszystko zostanie naprawione. Ale od miesiąca (!) jak internetu nie było tak nie ma. Setki próśb i nawet wycieczka do działu IT nic nie dały. Okej. Pasywna agresja. Każdy tajski nauczyciel posiada spersonalizowany login. Jeżeli jest zalogowany, nikt inny nie może z tego hasła i użytkownika skorzystać. Jak zmusić Tajów do naprawienia internetu? Używaj ich loginów, tak by oni nie mieli internetu 😀 Proste co? Na bank zareagują.

Następny przykład z naszego doświadczenia. Czasem pasywna agresja może zostać wykorzystana w zupełnie innym temacie niż ten który naprawdę Cię interesuje. Co mam na myśli? Okej. Załóżmy, że pracujesz w szkole, żyjesz w symbiozie z Tajami i studentami. Robisz to co do Ciebie należy i robisz to dobrze. Jesteś odpowiedzialny, taktowny i zawsze uśmiechnięty. Dzięki temu zaskarbiasz sobie sympatię nauczycieli, rodziców, uczniów. Masz listę określonych obowiązków i dostajesz pole do popisu. W zamian za to dajesz spokój tajskim nauczycielom i nie trujesz dupy o pierdoły. Nagle zmienia się kierownictwo, a stare, milcząco wypracowane zasady współpracy ulegają nagłym zmianom.

Nowa kierowniczka chce byś wygłaszał poranne przemowy, prowadził dodatkowe lekcje po zajęciach, chodził w weekendy na spotkania rodziców czy uczył zupełnie innych przedmiotów. Po prostu dorzuca Ci obowiązków, bo jesteś miły, odpowiedzialny i nie bardzo masz jak odmówić. Tak są skonstruowane kontrakty, często mają otwartą formułę. W trakcie Twojej pracy (7.30-16) szkoła może poprosić o wszystko co związane z nauczaniem i obowiązkiem nauczyciela. Miej na uwadze, że oczekiwania często nie są wyrażane wprost, a raczej będziesz do tego powoli zmuszany dzięki pasywnej agresji. Co możesz zrobić, by dano Ci spokój? Dokładnie to samo. Zacznij wymagać od szkoły, truj dupę o pierdoły. A czemu internet nie działa? A gdzie moja obiecana karta do windy? Gdzie jest tajski nauczyciel, który w  trakcie zajęć powinien pomagać w kontakcie z klasą i ją poskramiać? Dzieci są bardzo niegrzeczne, mogę prosić o pomoc w dyscyplinie? Czy mogę otrzymać program nauczania mojego przedmiotu i książkę? I tak do upadłego. Jeżeli użyjesz tej broni rozsądnie i bez przesady, Tajowie powinni dać Ci spokój, bo sami tego pragną.

Wygląda to trochę jak wieczna, złośliwa przepychanka w towarzystwie słodkich uśmiechów, komplementów i ukłonów. Nie twierdzę, że tak jest zawsze. Nasze kultury są odmienne, ale jakby nie patrzeć, to my jesteśmy gośćmi w ich pięknym kraju. To są nasze doświadczenia i strategie radzenia sobie w relacjach z Tajami, szczególnie w pracy. A Ty jaki masz sposób?

Zuza