Zachód słońca na wyspie

Praca barmańska na wyspie w Kambodży – dlaczego wróciliśmy do Tajlandii?

Z Tajlandii do Kambodży

Odkąd podróżujemy i odwiedzamy sporo wysp, marzyliśmy o tym by pewnego dnia na jednej z nich zamieszkać. Nie tylko wpaść na kilka dni, objechać skuterem i eksplorować wszystkie plaże, ale zamieszkać. Na dłużej, beż pośpiechu, dać się wciągnąć. Często o tym rozmawialiśmy, że warto sprawdzić, czy się do takiego życia nadajemy. Życie na wyspie wydaje się pięknym marzeniem, ale w rzeczywistości może okazać się po prostu nieznośne… I tak sobie bujaliśmy w obłokach tocząc emocjonujące rozmowy o życiu w raju. W Tajlandii rozpoczęły się szkolne wakacje – od połowy marca do połowy maja – 2 miesiące. I nagle, za dotknięciem magicznej różdżki, dostaliśmy szansę spełnić nasze marzenie. Pewnego dnia (pod koniec marca) obczailiśmy posta na fejsie w grupie „Szalonych Podróżników”: Rajska wyspa w Kambodży, szukamy barmanów! BENG! Zgłosiliśmy się jako jedni z pierwszych.

Trudne sprawy

Oczywiście, podjęcie decyzji nie było proste. W Bangkoku mieliśmy dobrą pracę. Fajna szkoła, Agencja w porządku i jeszcze hajs się zgadza. Co więcej, okolica w której mieszkamy jest bardzo przyjazna. Po wszystkich wojażach, przygodach, problemach finansowych i kłopotach z poprzednią Agencją, szkoła w Samut Prakan była oazą spokoju. Prowadziliśmy spokojniejszy tryb życia, zdrowy, codziennie trenowaliśmy na siłowni, jedliśmy więcej warzyw, no i oszczędzaliśmy. Stabilizacja i względne bezpieczeństwo materialne. Musimy przyznać, że trochę za tym tęskniliśmy. Czy warto to rzucić w imię spełniania marzeń? Znów w drogę? Znów niepewność? Dostaliśmy dosłownie kilka dni na decyzję.

Jedziemy na wyspę!

Stało się! Podjęliśmy decyzję. Rzucamy bezpieczne życie i przeprowadzamy się do nowego kraju, na wyspę, i zostaniemy barmanami. Why not? To motto przyświeca nam do dziś. Ja już kiedyś pracowałam w piwnym barze przez rok, zresztą – tak poznałam Emila, który wpadł z kumplem na piwo 😉 Bardzo lubiłam tą pracę. Aktualnie już we dwójkę planujemy własny bar i guesthouse. Uwielbiamy ludzi, rozmowy przy joincie i chillową atmosferę, która się dzięki temu wytwarza. Praca w barze na wyspie da nam możliwość przetestowania się, obczajenia czy życie na kawałku ziemi bez drogi, otoczonej wzburzonym oceanem jest dla nas, plus na bank zdobędziemy doświadczenie w zarządzaniu resortem. 28.03 wylądowaliśmy w Kambodży na wyspie Koh Rong Samloem, zmierzając w kierunku Samloem Laguna Resort – to tu od dziś mieszkamy.

Praca za barem

Pracę dostaliśmy na gębę. Pełne wyżywienie, bungalow, darmowy alkohol i po 250$ pensji. W zamian za to praca 7 dni w tygodniu po 8h dziennie, 4 dni wolne w miesiącu. Cel? Rozkręcenie baru. Wzięliśmy się do roboty. Sami zaproponowaliśmy, że możemy zająć się projektami graficznymi i prowadzeniem fanpage na facebooku. Chodziliśmy po plaży i zapraszaliśmy klientów do baru. Utworzyliśmy autorskie menu z koktajlami – były pyszne tropikalne i mocne! Ja dbałam o świeże polne kwiaty na stołach, Emil kręcił najlepsze packi, puszczaliśmy dobrą muzykę. Rozmawialiśmy z klientami przy barze, śmialiśmy się z nimi, dbaliśmy o nich. Balety do późnych nocy? Codziennie. Dobra energia wypełniła bar. Znowu zadziała się magia, a atmosfera naszego magicznego tarasu w Bangkoku przeniosła się do baru w Kambodży. Jeżeli chcesz zobaczyć więcej zdjęć sprawdź #mygeckoisland na naszym fangape na facebooku – myGecko.

Dlaczego wróciliśmy?

Po pierwsze, nasz feeling nie do końca zgadzał się z wyobrażeniem szefa o Lagunie. Po drugie, okazuje się, że chociażby jeden dzień w tygodniu tylko dla siebie jest niezbędny. Po miesiącu pracy 7 dni w tygodniu, często po więcej niż 8h (wspominałam balety do rana?) zmęczenie dało się we znaki. Moje ciało, ale przede wszystkim moja głowa domagały się odpoczynku. Niby byliśmy na wyspie, ale 80% czasu spędzaliśmy w barze. Co się z tym łączyło? Alkohol. Hektolitry alkoholu. Wymyślaliśmy nowe drinki, przepijaliśmy piwkiem ostre jedzenie, dostawaliśmy koktajle od klientów. Dużo piliśmy, paliliśmy jak smoki, imprezowaliśmy do rana i wstawaliśmy po 12. Było super, plus tego wymaga praca barmana – ale po czasie ciało zaczęło dawać znać, że ma już dosyć. Plus buda w której mieszkaliśmy nie sprzyjała regeneracji. Co więcej, okazuje się, że lubimy mieszkać na wyspie – ale konieczna jest dla nas droga. Tak by móc wynająć skuter i w ciągu kilku minut być po drugiej stronie. Kolejny krok? Zamieszkać na rajskiej wyspie, ale z drogą 😉 Poza tym, przeliczyliśmy dokładnie finanse – i praca w Tajlandii daje nam możliwość zarobienia o wiele większych pieniędzy. Dodajmy do tego poczucie stabilizacji materialnej, zdrowsze jedzenie i brak nieograniczonego dostępu do alkoholu. Poczuliśmy, że chcemy wrócić. I tak ponownie jesteśmy w Tajlandii ucząc angielskiego w publicznej szkole.

Nic nie dzieje się bez przyczyny

Czy decyzja o wyjeździe była pochopna? Ależ skąd! Gdyby nie to, że pojechaliśmy, nie dowiedzielibyśmy się tyle o życiu na wyspie, Kambodży, pracy barmańskiej i o nas samych! Poznaliśmy inspirujących ludzi, obserwowaliśmy prowadzenie resortu od podszewki, spełniliśmy swoje marzenie. Oczywiście, że było warto!  Czy to, że zmieniliśmy zdanie zaledwie w przeciągu miesiąca jest dziwne? Ja uważam, że nie. Nasza percepcja świata ewoluuje pod wpływem codziennych doświadczeń. Gdy podejmowaliśmy decyzje o zmianie pracy i przeprowadzce do Kambodży byliśmy świadomi, że za miesiąc wszystko może ulec zmianie. To się zdarza, a nam szczególnie. Przecież przez tych kilkadziesiąt dni wydarzyło się tyle rzeczy, które wpłynęły na nasze myślenie, że raczej dziwne by było gdybyśmy nie wyciągnęli z tego wniosków i nie podeszli refleksyjnie do sprawy. Staramy się żyć świadomie i w zgodzie w naszymi własnymi ja. Robimy to co czujemy. Nie planujemy w przód zbyt wiele. Ważne, że w wciąż się rozwijamy i przemy do przodu. Wszystko płynie tak szybko, że codziennie zmieniamy zdanie w jakiejś kwestii. Dziś znów jesteśmy w Tajlandii, ucząc w szkole, ale kto wie, co będzie jutro..?

Zuza