Słońce zachodzące nad oceanem w Tajlandii

Tam gdzie wschód spotyka się z zachodem

Podczas naszego rocznego pobytu w Tajlandii i obcowaniu z tajską kulturą zdążyłem zaobserwować kilka ciekawostek na temat tego, jaki stosunek mają Tajowie do ludzi z zachodu. Chciałem podzielić się z Wami tymi spostrzeżeniami…

Otóż znowu siedzę w Departamencie Języków Obcych. Nie różni się on zbyt wiele od poprzedniego departamentu. Jednak zważywszy na to, że poprzednia szkoła była bardzo biedna i na wsi, to tutaj nie jesteśmy już „gwiazdami estrady”, jak to było ostatnio. Oprócz mnie i Zuzi jest jeszcze czwórka Native Speakerów – czyli ludzi dla których język angielski jest ojczystym językiem. Mamy więc tutaj Damona (czytać Dimona, nie mylić z demonem ;). Jest z nami również Francesca z dredami do ramion, matka i blogerka, która właśnie wywraca swoje życie do góry nogami. Mroczna Kimberly, która dopiero co skończyła studia lingwistyczne i interesuje się programowaniem. A także William, który uczy tutaj matmy. Wszyscy z USA. Na początku trochę się cykaliśmy, bo to przecież native speakerzy i nie byliśmy pewni czy podołamy nowemu wyzwaniu. Nie jesteśmy z zawodu nauczycielami i z wykształcenia pedagogami, ale okazało się że oni też nie są. To bardzo ciekawe doświadczenie trafić z nimi do jednej szkoły. Często rozmawiam z naszymi współpracownikami i wymieniamy się poglądami na temat naszych krajów. Poznajemy siebie i swoje kultury. Punkt widzenia, zależy oczywiście od punktu siedzenia i każdy ma swoje spojrzenie na tematy społeczno – polityczne, ale w żadnych mediach nie napiszą o tym jak jest naprawdę, więc takie informacje i rozmowy z nimi traktuje bardzo poważnie. Naszą niepewność pobudzał również fakt, że Tajowie bardzo zwracają uwagę na to skąd jesteś, co trochę mnie wkurza, bo teraz nie ma to już dla mnie większego znaczenia. Do Tajlandii przyjeżdża cały świat, więc Tajowie często oceniają dane nacje na podstawie tego co otrzymują na tacy. Jak Cie widzą tak Cie piszą. Czyli bardzo generalizują swoje spojrzenie odnośnie Ciebie i Twojego kraju na podstawie tego w jaki sposób go reprezentujesz. Uważam, że myślą przy tym jednak bardzo schematycznie i według określonych zasad które sami sobie wypracowali. Jest to podejście mało obiektywnie, bo przecież za każdym razem to tylko wycinek danego społeczeństwa. Zwykle to ludzie z pieniędzmi, na wakacjach, którzy zachowują się tutaj inaczej niż u siebie – w końcu przyjechali odpocząć i wydać odkładany hajs. Wydaje mi się, że ograniczone poglądy Tajów na Brytyjczyków czy Amerykanów, Polaków czy Niemców, lub jakąkolwiek inną nację, wzmaga fakt, że Tajowie bardzo mało podróżują, jeżeli w ogóle. Jednym z czynników jest to, że społeczeństwo jest biedne. Ale z drugiej strony nawet Ci bogaci, których miałem okazję poznać, nie podróżowali zbyt wiele. Jakoś nie mają tego we krwi chyba, a najdziwniejsze jest to, że nawet własnego kraju nie widzieli do końca (!?).

Witajcie w Kraju Uśmiechu. 

Z jednej strony Tajowie odnoszą się do białasów – farangów ( w języku tajskim „farang” – czyli człowiek – przybysz, biały europejczyk, człowiek z zachodu, obcy a czasem nawet alien!) z szacunkiem i uśmiechem od ucha do ucha, ale często-gęsto są to tylko stwarzane pozory. Trochę na wzór amerykański tylko z większą klasą 😉 Tajowie są mistrzami gry aktorskiej, często zakładają maski i nigdy nie mówią do końca co myślą, przez co bardzo ciężko jest zbudować z nimi bliższe relacje i nie chodzi tutaj o kwestie językowe. Myślą nie, ale kiwają głową na tak. Przez to nie jestem w stanie im do końca zaufać bo wiem, że jednak jest gdzieś ta granica po przekroczeniu której nie będzie skrupułów. Chociażby ostatni przykład naszej historii z Agencją pracy uświadamia mi, że jeśli przychodzi co do czego, to finalnie farang zawsze jest tym pierwszym podejrzanym, zawsze jest tym „gorszego sortu”. Jest zwykle tym którego Tajowie potraktują z góry, choćby nawet miał rację. Ten uśmiech kryje wiele znaczeń i nie zawsze są to pozytywne emocje więc nazywając Tajlandię Krajem Uśmiechu pamiętaj o tym, że istnieje też drugie dno. Szeroki uśmiech i pozytywne nastawienie z kolei bardzo dobrze sprawdzają się w sprzedaży, a głównie z tego żyją Tajowie. Wydaje mi się, że sprzedają wszystko co można sprzedawać i zwykle to co jest na topie. Dlatego rynek tajski zalany jest podróbami największych światowych marek. Dzięki temu kupiłem swoje pierwsze Raybany za 25 zeta i wcale nie były takie złe. Szkoda, że je zgubiłem. Dla kogoś takiego jak ja czyli człowieka, którego gadżety raczej się nie trzymają, to może i dobrze bo zaraz później kupiłem sobie nowe Gucci – jeszcze lepsze i za dwie dyszki 😀 he he. Sprzedawcy jednak bywają tak uparci, że często nie rozumieją słowa NIE CHCĘ. Chociażby w sytuacji kiedy przychodzi do negocjacji. Generalnie jest to też pewien sposób na to aby np. namówić Cię do tego abyś zostawił chociaż parę bacików w jego kieszeni. Gwarantuję Ci, że zrobisz to dla świętego spokoju jak nie u jednego to u drugiego sprzedawcy. Jeśli rozpoczniesz negocjacje i odejdziesz bez słowa to nie zdziw się kiedy otrzymasz na do widzenia wiązankę i tajskiego focha. Pomimo tego, że chciałeś/chciałaś tylko coś obejrzeć i zapytać o cenę. Możesz już tam nie wracać. Przez szeroki uśmiech do portfela. W taki sposób Tajowie będą próbowali dobierać się do Twojej kieszeni.

Jak nie dać zrobić się w bambuko?

Jest na to bardzo prosty sposób – nauczyć się języka. Od kilku miesięcy uczymy się z Zuzią tajskiego. O, Panie! Znajomość języka bardzo pomaga nam w funkcjonowaniu w Tajlandii. Oczywiście jest to normalne bo wyobraźmy sobie w tej chwili jakiegoś Taja, który na ulicy w Warszawie wyskakuje nam łamaną polszczyzną i próbuje coś załatwić, dogadać się, coś kupić lub sprzedać. Myślę, że większość z nas pomogłaby mu w jakiejkolwiek kwestii. My znamy język tajski w stopniu podstawowym, ale na tyle komunikatywnym, że Tajowie często przecierają oczy ze zdumienia. Co??? Dwójka młodych białasów gada mi tu coś po tajsku? He he, niezła to musi być dla nich frajda i rzadko spotykany widok. Dzięki temu często jesteśmy w stanie kupić coś dużo taniej niż za ceny, które podają dla turystów i to nawet w miejscach turystycznych Fajne jest to uczucie ponieważ wtedy traktują nas jak lokalsów, żeby nie powiedzieć na równi z sobą bo do tego raczej nie dojdzie. Farang to w końcu farang! Dzięki nawet podstawowej znajomości języka równie często znajduje się rozwiązanie w sytuacji, która z początku wydaje się być bez wyjścia.

Tajowie są bardzo pomocni.

Ostatnio mieliśmy taką akcję podczas naszego powrotu z wycieczki na wyspy. Wylądowaliśmy w środku nocy na jakimś totalnym zadupiu. Od razu „my friend” nas dopadł ( Tajowie nie znają zbyt dobrze angielskiego, ale generalnie w stosunku do gości funkcjonuje ten zwrot. „My friend, my friend!”). Nasz nowy przyjaciel w minute przedstawił nam grunt na którym stoimy aby uświadomić nam, że generalnie jesteśmy w dupce i to on jest naszą jedyną nadzieją. Musieliśmy wtedy dostać się jeszcze spory kawał drogi w kierunku naszej ówczesnej szkoły w prowincji Nakhon Nayok i do pokonania mieliśmy około 200 km. Była już 2:00 w nocy, a zajęcia zaczynaliśmy o 8:00 i nie było opcji żeby się spóźnić. Nasz „kumpel” zaproponował, że podrzuci nas swoim mobilem do najbliższej stacji oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów za jakieś miliony tajskich batów. Byliśmy wtedy w kropce więc pokręciliśmy się jeszcze po dworcu i zaczęliśmy naszą gadkę. To są właśnie te chwile kiedy wykorzystujemy swoją pozycję nauczyciela i umiejętności językowe. Przedstawiliśmy facetowi całą sytuację i uświadomiliśmy, że nie jesteśmy zwykłymi turystami i naprawdę spieszymy się do pracy. Wtedy facio staną na głowie i nagle znalazło się rozwiązanie. Podrzucił nas na lokalny postój vanów. W ten oto sposób zrozumieliśmy jak funkcjonuje tutaj najtańszy i najczęściej wykorzystywany środek transportu przez lokalsów. System funkcjonowania vanów jest bardzo prosty i można przejechać nim całą Tajlandię. Ale jest jedno ale. Kierowcy nie mówią po angielsku i wszystkie informacje o tym gdzie dany van/busik jedzie są tylko po tajsku. Tak jakby ten środek transportu był zarezerwowany jedynie dla Tajów, a rzeczywiście ciężko tam znaleźć jakiegoś białasa. Reasumując dogadaliśmy się z kierowcą i ustaliliśmy trasę dzięki której udało nam się dotrzeć do szkoły na czas. Tajowie w gruncie rzeczy są bardzo pomocnymi ludźmi, a kiedy widzą że już na prawdę jesteś w potrzebie to na pewno nie zostawią Cię na pastwę losu niezależnie od tego czy jesteś biały czy czarny, czy mówisz po tajsku czy też nie. 

Czy Tajowie dadzą się lubić ?

Osobiście bardzo lubię Tajów, a jeszcze bardziej ich lubię kiedy nie interesują się za bardzo moim życiem. Skąd jesteś, co robisz, gdzie mieszkasz, gdzie idziesz, a jakie masz plany ? – to tylko część z pytań które zadają, kiedy czasami zaczepisz kogoś na ulicy aby podpytać o drogę lub knajpę Lubią wiedzieć bardzo dużo, a najlepiej wszystko o Tobie. W Tajlandii informacja o jakimś farangu który pojawił się w okolicy roznosi się bardzo szybko. Niedawno wprowadzono regulację prawną, która nakazuje zgłaszać do urzędu imigracyjnego wszystkich nowych przybyszów zakwaterowanych na dłuższy pobyt. Tak o to babeczka w recepcji naszego nowego apartamentu kopiuje paszporty i wizy i sru – nadaje do imigracyjnego – wszyscy wszystko już o nas wiedzą. Od jakiegoś czasu działa też baza farangów – teoretycznie to tak na w razie czego, jakby trzeba było szybko namierzyć kogoś niegrzecznego. Ale ja nie lubię jak ktoś tak przesadnie się o mnie troszczy i wjeżdża w moją prywatność pomimo tego, iż zdaje sobie sprawę, że nie jestem u siebie. Nie lubię mówić im wszystkiego, ale z drugiej strony jestem człowiekiem otwartym i często, lecz niepotrzebnie, wchodzę na grunt mojej prywatności. Chcę do cholery zapytać jedynie o to gdzie znajdę najbliższą stację benzynową, sklep lub ulicę i tyle… Eh, pewnie z czasem zacznę to olewać. Na chwilę obecną aby tu żyć i mieszkać to muszę się dostosować, o czym przekonałem się już kilkukrotnie.

A to spryciarze… 

Aby przetrwać w tej wielkomiejskiej dżungli jako młodzi ludzie z Europy musimy być bardzo sprytni. Tak, Tajowie to mega spryciarze. Można to zauważyć już od najmłodszych lat. Moi uczniowie też często starają się mnie przechytrzyć, skubance myślą, że czegoś nie zauważę. A to się przesiadają, pomimo tego że kogoś usadzę w pierwszym rzędzie, a to podmieniają mi nazwiska na testach albo po prostu robią to co wychodzi im najlepiej czyli udają głupich myśląc, ze ja jestem jeszcze głupszy. Odnoszę wrażenie, że Tajowie traktują białasów z góry za głupków, ale w moim odczuciu wychodzi im to nie najlepiej. Zastanawiam się czym to jest spowodowane. A jednak po czasie sam zaczynam patrzeć na turystów z tej drugiej strony. Wyglądają w moich oczach zupełnie nieporadnie i ciekawi mnie to czy Tajowie również tak na nich patrzą.. turyści przypominają mi trochę zagubione owieczki i wydaje mi się wtedy, że można zrobić z nimi co tylko się chce. Myślę sobie, że jak taka „ofiara” wpadnie w tajskie szpony, to jest bez szans.

Po rocznym pobycie w Kraju Uśmiechu i obcowaniu wśród lokalnej społeczności mogę powiedzieć, że żyje mi się tu całkiem dobrze. Chciałbym tu spędzić trochę czasu aby móc wgłębić się w tę kulturę jeszcze bardziej. Ciekawi mnie przede wszystkim jakie będzie moje podejście do tego co widzę dzisiaj i jak zmieni się moje spojrzenie na społeczeństwo tajskie w najbliższej przyszłości. Co nowego uda mi się wychwycić, a co skorygować kiedy za rok znowu znajdę się w jakimś departamencie. A może będę już w zupełnie innym miejscu… ?

Jakie są Wasze spostrzeżenia i doświadczenia związane z Tajlandią? Swoją drogą … ciekawe co tak naprawdę Tajowie myślą sobie o Nas 🙂

Peace&Love

Emil Emilio